Pomoc. Jaka i dla kogo.

W głowie się nie mieści, ale nawet poza granicami kraju naszego, kochanego,
kraju tylko dla białych i Polaków, spotkać można ludzi tak właśnie myślących,
choć nie bardzo pojmuję dlaczego tu się znaleźli.
Wszak jeśli Polska dla Polaków, to Niemcy dla Niemców, Belgia dla Belgów itp…

Miałam okazję ostatnio uczestniczyć w dyskusji, na temat pomocy, a konkretnie
komu należy pomagać i w jaki sposób, komu zaś nie pomagać pod żadnym pozorem.
Nie ukrywam, że mój rozmówca swój światopogląd „zdobył” słuchając mediów nazwijmy
to narodowych i kościelnych, kiedyś był to zupełnie przyzwoity człowiek, prosty,
ale przyzwoity. Obecnie człowiek dorosły, a jednak podatny na wpływ otoczenia i
światopogląd wpajany medialnie, a że głęboko religijny (nie powiem wierzący,
bo to akurat zupełnie różne definicje obecnie) zatem również katolicki.
I tak mi wówczas przyszła do głowy ta historia, która zdarzyła się lat temu
kilkanaście.

Była sobie rodzina. Ojciec, matka i troje dzieci.
Prywatny rodzinny biznes miał się dobrze, więc można spokojnie powiedzieć -
zamożna rodzina.
Swego czasu bardzo się przejęli losem dziewczynki z sąsiedztwa, która – na skutek
patologicznych skłonności rodziców – została umieszczona w domu dziecka.
Zabierali ją stamtąd na weekendy i wszystkie święta, rozważali nawet możliwość
adopcji, ale z powodu nagłej choroby i śmierci pani domu, temat adopcji upadł.
Nadal jednak dziewczyna gościła u nich w każde święta, traktowana jak członek
rodziny, na równi z rodzonymi dziećmi obdarowywana prezentami, ubierana w odzież
najlepszych marek, będąca zatem w sytuacji znacznie lepszej niż pozostali
wychowankowie domu dziecka i bez porównania lepszej niż w domu rodzinnym.

Po dojściu do pełnoletności musiała opuścić dom dziecka, jednak nadal nie
pozostała bez pomocy. Miała opłaconą kawalerkę i zapewnione utrzymanie,
mogła się uczyć… Mogła, ale nie chciała.
Wolała spędzać czas w towarzystwie osób lubiących lekkie życie, bez obowiązków
i tej całej spiny, aby coś tam osiągnąć, do czegoś dojść…
Wybrała życie podobne do życia rodziców biologicznych, pełne wódy, imprez,
i szemranego towarzystwa.

Kiedy opiekun zorientował się w temacie, próbował przeciwdziałać, ale bez skutku.
Przestał więc łożyć na utrzymanie i opłacać mieszkanie, jednym słowem zakręcił
kurek oznajmiając, że jeśli jej życie ma tak wyglądać – musi sobie radzić sama.

Od tej pory widział ją tylko raz. Przyszła na kacu, z kilkoma kolegami, był w domu
sam. Chciała pieniędzy. Nie dał. Otrzymał kilka ciosów nożem. Pieniędzy nie znaleźli,
wzięli więc co cenniejsze przedmioty i dzięki temu wpadli.
Taki sposób wyrażania wdzięczności miała.

Historia jak z kiepskiego serialu, tyle że prawdziwa.
Morał?
Nie ma dobrego morału w tej historii.
Gdyby się nią nie zajęli, nie wyciągnęli pomocnej dłoni – pewnie by do tego
nie doszło.
Gdyby nie choroba i śmierć, pewnie doszłoby do adopcji i być może również
do tragedii by nie doszło.
Trudno bowiem wychować i wpoić jakieś wartości w czasie niedzielnych wizyt.
Zadbano o stronę materialną jej życia, ale nie zadbano o sferę uczuć wyższych.
Życie jakie poznała w przyszywanej rodzinie, było życiem „od święta”, nic więc
dziwnego, że w codziennym powielała wzorce poznane przez jedenaście lat w
domu rodzinnym, bo przecież nikt chyba nie ma złudzeń, co do tego, czy dom
dziecka to choć namiastka rodzinnego życia.
Wreszcie towarzystwo które poznała po usamodzielnieniu się i styl życia
który prowadzili. Tak bardzo pasujące do tego, które znała z dzieciństwa.
Człowieka kształtuje dom rodzinny i środowisko w którym się obraca.
Nie to „od święta”, ale w życiu codziennym.
Nikt się nie rodzi zły, lub dobry. Geny?
Te nie do końca mają wpływ na nasze życie.
Gdyby tak było – bylibyśmy bez wyjątku kopiami naszych rodziców.

Czy takie przypadki służą jako dowód na to, że nie należy pomagać ludziom
co do których nie mamy pewności czy będą przyzwoici, lub odwrotnie mamy pewność,
że nie będą?
Nigdy takiej pewności nie mamy. Wszystko zależy od tego jaki styl życia i sposób
myślenia zostanie takiemu człowiekowi przekazany w najbliższym otoczeniu.
Jednego jestem pewna – pomoc polegająca na umieszczeniu kogoś, w czymś podobnym
do schroniska dla zwierząt i zaspokojenie tylko prymitywnych potrzeb, bez
możliwości rozwoju – to nie jest żadna pomoc, a próba zrównania człowieka ze
zwierzęciem. Zwłaszcza, gdy czynione jest to wbrew woli zainteresowanego.

Kiedyś malowałam pędzlem, teraz słowem, nigdy nie byłam w tym dobra, tak jak w okazywaniu uczuć. Jednak dobry jest każdy sposób żeby je z siebie wyrzucić. Zanim cię uduszą.

6 komentarzy

  1. Seeker · 16 grudnia 2017 Odpowiedz

    Pierwsze, co zrobiłam po przeczytaniu Twojego tekstu, to polecenie go Blog.pl. Wiem, że ta platforma umiera, ale tekst na to zasługuje.

    Jestem pod wrażeniem tego, jak to wszystko pięknie opisałaś. Kiedy zaczęłam czytać, piłam herbatę. Kubek zamarł mi w połowie drogi do ust i tak już został do końca. Zatkało mnie.

    Historia dziewczyny z domu dziecka………. Brak mi słów. A Twój wniosek z niej wyciągnięty i połączenie go z pomocą ludziom potrzebującym to dosłownie strzał w 10.

    Zapiszę sobie ten tekst i będę do niego wracać.

    • kobieta-nie-typowa · 17 grudnia 2017 Odpowiedz

      Dziękuję. Nie wiem czy Ty mieszkając poza granicami kraju, spotkałaś się ze stanowiskiem rodaków, że wszyscy imigranci innych narodów to darmozjady, które powinny zostać wyrzucane, a wszelka pomoc do nich skierowana to pieniądze wyrzucone w błoto? Że wszyscy imigranci – oprócz Polaków oczywiście – to bandziory, które marzą tylko o tym żeby nas wymordować? Ja się spotkałam i do dziś nie mogę zrozumieć, skąd to dobre zdanie o nas samych i zdecydowanie złe o innych narodach. A już najbardziej dobiła mnie teoria o dzieciach z domów dziecka – że to patologia genetyczna i adopcja może napytać biedy. Pozdrawiam. Miłej niedzieli życzę:)

      • Seeker · 17 grudnia 2017 Odpowiedz

        Tutaj i Polakom się przez jakiś czas obrywało i krążyły nawet w sieci obrazki przedstawiające bezzębnego chav’a (Anglik najniższej klasy, taki można powiedzieć angielski dreso-cygan, czyli obraźliwe słowo), który mówił, że gdyby nie ci cholerni imigranci, to dziś byłby lekarzem :D Hahaha ale to był tylko przed-Brexitowy szał. Uchodźcom też się obrywało. Ogólnie Polacy są tu cenieni jako pracownicy i pani premier robi wszystko, żeby imigranci z EU wyszli z Brexitu bez szwanku. A mentalność naszych rodaków nawet tutaj się rzadko zmienia, więc komentują zarówno sytuację w Anglii, jak i w Polsce: raczej wszyscy uchodźcy chcą nas jedynie pozabijać :P

  2. ~Phoenix(L)k · 18 grudnia 2017 Odpowiedz

    cóż… ludziom pomagać należy… czy na taką pomoc zasługują to już odrębny temat

  3. ~Bania Luki · 19 grudnia 2017 Odpowiedz

    Jeśli możemy, to pomagajmy.

    Bo jak mawiali Ojcowie Żydowscy: jak nie my, to kto? Jak nie teraz, to kiedy? :)

  4. ~Bania Luki · 19 grudnia 2017 Odpowiedz

    jak możemy, to pomagajmy.

    Jak powiedzieli kiedyś mądrzy: Jak nie my, to kto? Jak nie teraz, to kiedy? :)

Odpowiedz na „~Phoenix(L)kAnuluj komentarz