Nadmiernie pomagając nie uczynisz z niego geniusza…

W ramach dyskusji ” pomagać czy nie pomagać w nauce”,  wszyscy
mający dzieci wiedzą doskonale jak to powinno wyglądać, ale jak zwykle
każdy to widzi inaczej.
Dowiedziałam się przy okazji – bo ja już przeterminowana jestem, jeśli chodzi
nauczanie początkowe – że dzieciom, które nie poznały jeszcze alfabetu, zadaje
się zadania, które wymagają przeczytania i zrozumienia tekstu.
JAK TO MOŻLIWE??? Przecież praca powinna być samodzielna, a nie może
skoro dziecko do zrozumienia poleceń potrzebuje pomocy dorosłych.

Jestem zdania, że absolutnie nie należy ingerować w pracę dziecka, a pomoc ma polegać
na wyjaśnieniu  wątpliwości, na jego wyraźną prośbę i ewentualnym sprawdzeniu
efektu końcowego.
Siedzenie z dzieckiem podczas odrabiania lekcji, naprowadzanie go,
podpowiadanie, a nie daj Boże nasuwanie gotowych rozwiązań, to zbrodnia.
To samo dotyczy siedzenia nad dzieckiem i patrzenia mu na ręce z uwagami typu
- Znowu wyjechałeś za linię, zmaż to natychmiast i popraw…
Dziecko wie czego się od niego oczekuje i samo musi do tego dorosnąć, by te
oczekiwania spełnić.  Dajmy mu tylko szansę.
Mózg, aby się rozwijał -musi pracować. Podobnie jak tkanka mięśniowa.

Jak to wygląda w zaprzyjaźnionych ( i nie tylko) rodzinach?
Siada  mama z dzieckiem do lekcji i kontroluje od początku do końca, a bywa, że sama
wykona to, co nie przyniosło satysfakcji w wykonaniu dziecka.
W najlepszym wypadku mama kontroluje każdą czynność , by uniknąć ewentualnych
pomyłek, czy niedociągnięć, dziecko zaś nauczone pracy pod kontrolą, z każdym
wykonanym zadaniem biegnie, aby się upewnić, czy na pewno wie co robi.
Jak sobie takie niepewne swoich umiejętności dziecko poradzi w szkole?
Często posiadając wiadomości  - nie zgłasza się, nie ma bowiem dostatecznej pewności
co do swojej wiedzy,  bo u kogo ma się upewnić jeśli nie ma w pobliżu mamy?

Praca domowa , będąca wynikiem wysiłków umysłowych dziecka i rodziców,
może będzie bardziej staranna, może będzie pozbawiona błędów, ale na jakiej
podstawie nauczyciel oceni prawdziwe umiejętności ucznia?
Czy to nie będzie z krzywdą dla dziecka, gdy zamiast poświęcić mu więcej czasu
i skupić się na problemach, podniesie dziecku poprzeczkę  i zwiększy wymagania?
Gdy dziecko ma problem ze zrozumieniem, a rodzic potrafi wytłumaczyć –  ok.
Ale podrasowanie jego pracy domowej, aby na tle iksa i igreka nie wypadł blado?
To już jakaś nieposkromiona ambicja rodziców – która więcej czyni złego niż dobrego,
zwłaszcza, że dzieci rozwijają się w swoim rytmie i należy im w tym pomagać, nie
szkodząc,  wyręczając w myśleniu.

Kiedyś malowałam pędzlem, teraz słowem, nigdy nie byłam w tym dobra, tak jak w okazywaniu uczuć. Jednak dobry jest każdy sposób żeby je z siebie wyrzucić. Zanim cię uduszą.

10 komentarzy

  1. ~Kara · 1 marca 2015 Odpowiedz

    Ja można powiedzieć pomagam.Starszy przychodzi ze szkoły,siada i odrabia.Czasem tylko pokazuje jak nie jest pewny czy dobrze zrobił.Jeśli sam uważa że jest dobrze to nawet zadania nie pokaże.Od czasu do czasu robię mu nalotowy przegląd całości i jak znajdę błędy to też nie ma tak,że palcem pokazuję gdzie,tylko mówię np ” w zad.5 na str.34 masz błąd”.A jaki to musi sam znaleźć.
    Parę razy też było,że pytał o znaczenie jakiegoś słowa.Szczerze przyznam,że czasem mam problem z objaśnieniem bo dla mnie jest to zrozumiałe samo przez się.Ale staram się Go naprowadzać żeby odpowiedział sobie sam.Wtedy zapamięta bo będzie jakieś skojarzenie miał.

    • ~kobieta-nie-typowa · 1 marca 2015 Odpowiedz

      Najważniejsze, aby nie wyręczać, im bardziej samodzielnie tym lepiej dla dziecka. Nawet jeśli początkowo pozornie będzie sobie radził gorzej niż koledzy – w późniejszym okresie nauki zaowocuje. Najlepiej można to przedstawić na przykładzie Twojego syna. „Jeśli sam uważa że jest dobrze to nawet zadania nie pokaże”. Gdybyś go nieustannie sprawdzała – nigdy by nie miał tej pewności, a sama wiedza, bez pewności niewiele daje.
      To nie jest moja „mądrość”, tego nauczyła nas rodziców wybitna i doświadczona pedagog, która była wychowawczynią jednej z moich córek. Efektem było 28 świadectw z czerwonym paskiem na 31 uczniów w klasie, a najgorsza średnia, to 4,0 – należała do dziewczynki, która sporo chorowała.

      • ~Kara · 1 marca 2015 Odpowiedz

        Na początku miałam czasem obawy,że za mało poświęcam czasu,że może powinnam siedzieć obok,pomagać itp.Ale zauważyłam,że dostaje naprawdę bardzo dobre oceny,nauczycielka bardzo Go chwaliła,że super daje sobie radę,potrafi,pracuje więc nic nie zmieniałam.Na bieżąco jednak kontaktowałam się z wychowawczynią gdyby pojawiły się jakieś problemy.
        Za to jest w klasie chłopak,którego matka wiecznie do mnie dzwoniła w sprawie zadań.Kiedy słyszałam „jak Starszy zrobił to czy tamto bo ja nie wiem, nie umiem i mój syn płacze”normalnie zaczynałam się gotować.Aż kiedyś jej powiedziałam żeby przestała dzwonić,bo moje dziecko samo pracuje,ja nie dzwonię nigdzie żeby mi ktoś gotowe odpowiedzi dawał,a skoro jej dziecko sobie nie radzi to niech idzie z tym do szkoły,może potrzebuje jakiś dodatkowych lekcji-obraziła się.

        • ~kobieta-nie-typowa · 2 marca 2015 Odpowiedz

          Jak widzisz, Twoje obawy nie znalazły potwierdzenia, a mały radzi sobie doskonale i co najważniejsze samodzielnie. Natomiast mama jego kolegi obrała zła taktykę. Zamiast szukania gotowych rozwiązań – skoro sama nie potrafi dziecku wytłumaczyć, co jest zupełnie naturalne, bo nie wszystkie umiejętności musimy posiadać – powinna poszukać pomocy w szkole, są przecież zajęcia dodatkowe dla dzieci, które potrzebują więcej czasu na przyswojenie wiadomości, lub nawet na jakiś czas zatrudnić sprawdzonego korepetytora.

  2. ~harpia · 2 marca 2015 Odpowiedz

    Od razu zrobiło mi się wesoło ponieważ ostatnio szefowa opowiadała jak to jej syn miał napisać baśń. To chyba podstawówka. Skończyło się na tym, że kilka stron baśni napisała matka, a ojciec porobił obrazki i taka oto praca uzyskała ocenę 5. Ciekawe co na to wszystko syn, który nie dość, że nie zmierzył się z zadaniem to jeszcze za nic-nie-zrobienie otrzymał pozytywną ocenę. Jak dla mnie uczy to jedynie lenistwa. I cwaniactwa. Niechby dzieciak napisał sam ze dwie strony to już by zyskał doświadczenie. A tu proszę.. ambicja rodziców „musi być najlepszy”. Chociaż kto tam wie, może i dzieciak zdolny jest, a ta praca domowa to jednorazowa pomoc?

    • ~kobieta-nie-typowa · 2 marca 2015 Odpowiedz

      Dzieciak może i nawet bardzo zdolny, ale jeśli tak fajnie zadziałało tym razem, to dlaczego nie powtórzyć przy następnym wyzwaniu? No i zdolności dziecka niewykorzystane zepchnięte zostają na plan dalszy, bo praca rodziców bardziej profesjonalna, daje gwarancję wysokiej oceny. A skoro to tak dobrze funkcjonuje, to po co się wysilać? No i co z tego, że dziecko zdolne? Talent – jeśli go nie rozwijamy – zanika. I tak oto niezwykle zdolny Jaś, wyrasta na przeciętnego Jana.

    • ~chomikowa · 2 marca 2015 Odpowiedz

      No naprawdę gratuluję i rodzicom i nauczycielce… :D Kiedy pracowałam właśnie w klasach I-III od razu powiedziałam na wywiadówce, że nie ma bata, żebym nie zauważyła że mamusia (najczęściej) odrobiła pracę domową za dziecko, i że nie radzę tego robić, bo oceny nie postawię w ogóle. Już najbardziej „lubiłam” jak mamusia pisała za dziecko w zeszycie, podrabiając tym samym pismo swego malucha :D tłumaczyła się tym, że dziecko już zmęczone było pisaniem :D
      Masz rację, Kobieto-nie-typowa że prace domowe powinny być tylko sprawdzane przez rodzica (ewentualnie jak nie umie jeszcze maluch czytać, to przeczytać mu polecenie). Dobrze, że są jeszcze mądrzy rodzice :)

      • ~kobieta-nie-typowa · 3 marca 2015 Odpowiedz

        Zadziwiające jak szybko dzieci męczą się pisaniem, jak bolą oczęta przy czytaniu lektury:) Zupełnie inaczej rzecz się ma z klawiaturą komputera, ekranem smartfona czy tableta. Tutaj oczęta i paluszki mogą pracować w nieskończoność niestrudzone. To mój domowy przykład, lecz wiem, że nie tylko. Nadzór jednak musi być, ale nie wyręczanie – jeśli oczywiście chcemy wychować istoty myślące.

      • ~Phoenix(L)k · 3 marca 2015 Odpowiedz

        muszę Ci zatem pogratulować… serio… nauczyciele generalnie mają to gdzieś, gdyż muszą zdążyć z programem… Czekać na dziecko, które potrzebuje trochę więcej czasu na opanowanie danego materiału?? Nie – przecież jest program…

        A potem zdziwienie, że egzaminy idą coraz gorzej… Ciekawe czemu…

        • ~kobieta-nie-typowa · 3 marca 2015 Odpowiedz

          To raczej nie nauczyciele, tylko system wymuszający na nich pracę z programem, a nie z możliwościami dzieci. W ubiegłym roku w zespole szkół, pani od matematyki powiedziała dzieciom, mającym problemy z matematyką, że ona w tym roku nie przewiduje zajęć dodatkowych, bo musi przygotować swoją klasę do matury. Każdemu nauczycielowi chyba zależy na jak najlepszych wynikach tych, których uczą. Problem w tym, że program nie przewiduje uczni z problemami.
          Dlatego tak ważne jest, aby to była niezbędna pomoc w problemach, a nie wyręczanie dzieci. Jeśli wszyscy nauczyciele już w początkowym nauczaniu będą zjawisko tępić jak Chomikowa – zamiast przymykać oko i oceniać rodziców – jest szansa, że tych problemów nie będzie w późniejszym okresie nauki.

Zostaw odpowiedź