Czy to tak boli, dać komuś nadzieję i trochę radości?

Najczęściej tematów dostarcza mi życie, czyli obserwacje pewnych zjawisk i przemyślenia
z obserwacji wynikające, często posty blogerów i komentarze pod nimi, czasem i jedno i drugie.

Świąteczny czas,  to czas radości i dzielenia się nie tylko opłatkiem, ale i tym co mamy.
Symbolem tego jest właśnie stawianie na wigilijnym stole dodatkowego nakrycia, dla
niespodziewanego gościa. Ma nam przypomnieć o tych, co w  tym  dniu  pozostali sami,
przy pustym stole.  Tyle tradycja.

Jak to się ma do rzeczywistości?
Ilu z nas jest gotowych na przyjecie tego niespodziewanego gościa?
Ilu z nas jest gotowych podzielić się nie tylko opłatkiem, ale tym co ma?
Okazuje się, że nie wszyscy, którzy kultywują tradycję, są gotowi na podobne
poświęcenie. Tak naprawdę – kultywują tylko symbole.

Na pierwszej stronie Onetu  umieszczono post, w którym autor na przykładzie
przedszkolnych  Mikołajek i nie tylko pokazuje, jak bardzo nie lubimy się dzielić.

Pośród wielu komentarzy, których autorzy są zdania, że dzielić się należy, że jeśli
mogą – pomagają i nic im nie od tego nie ubyło, znalazło się wiele takich, co to
uważają, że z jakiej racji mają wspomagać kogoś, kto z własnej winy nie ma, bo pewnie
leży bykiem  w czasie, gdy oni ciężko pracują, by mieć. Pewnie są i tacy, ale nie wszyscy.

Sprawa nieszczęsnych paczek pod choinkę.
Wielu uważa, że jeśli nie stać kogoś, na wysupłanie dodatkowych pieniążków na tę paczkę,
powinni dziecko zatrzymać w domu w dniu ich wręczania i po kłopocie.
Przecież nie chodzi o to, by sfinansować wszystkim te paczki w  pełnej  kwocie.
Dzieci w grupie jest tyle, że gdyby wszyscy rodzice   złożyli się po pięć złotych,
nikt by tego nie odczuł.
Nikomu by nie ubyło, a żadne dziecko nie zostałoby pozbawione radości.

Zdaniem wielu – to nic innego, jak przyzwyczajanie dzieci do „darmochy” i uczenie życia
na cudzych plecach.

W jednym z postów   opisałam sytuację kobiety, z którą się ostatnio mocno zżyłam,
żeby nie powiedzieć zaprzyjaźniłam.   Połączyło nas wspólne nieszczęście.
Są nieszczęścia takie,  które łączą i te które dzielą.  To nasze, wspólne – łączy.
Pozwala bowiem rozumieć, a nic tak nie zbliża  ludzi, jak wzajemne zrozumienie.

Wielu komentujących dowodziło, że nie ma  co jej żałować, bo sama jest sobie winna.
Zwłaszcza jeden Pan, na swoim przykładzie starał się udowodnić, jakie winy popełniła
i co stoi za jej niepowodzeniem.
- Wyszła za mąż za wcześnie, za nieodpowiedniego człowieka.
- Urodziła dwoje dzieci, nie będąc osobą bogatą, nie mając stuprocentowo pewnej
sytuacji materialnej.
- Nie zadbała o zdobycie wykształcenia, mającego jej tę stuprocentowo pewną sytuację
zagwarantować.

Na jakiej podstawie wysnuł takie wnioski?
Nie wiem. Na pewno nie na podstawie mojego postu.

Kobieta wykształcenie zdobyła – wyższe jak i  komentujący. Mąż nie wykazywał cech,
charakteryzujących ludzi nieodpowiedzialnych.  Zanim postarali się o dzieci, mieli oboje
pracę, mieszkanie, domek na działce i zgodne, szczęśliwe życie, może nie luksusowe,
ale całkiem dostatnie.  Pierwsze problemy zaczęły się od momentu, gdy On stracił  pracę
i pozostawał  jako bezrobotny bardzo długo. Będąc po czterdziestce, okazał się za stary.
Nie czekał, aż praca spadnie z nieba. Szukał jej intensywnie. Bez skutku.

Wówczas dopiero, w jego psychice nastąpiły zmiany, stał się człowiekiem, który woli
wygodne życie i dorywcze zajęcia, niż jakieś tam dołujące obowiązki względem rodziny,
którym i tak już nie był w stanie podołać.  Dlatego się rozstali.

Ona robiła wszystko, aby obowiązkom podołać, a dzieciom zapewnić to, co niezbędne.
Pracując na cały etat, poszukała jeszcze pracy na umowę o dzieło i spokojnie sobie radziła,
aż do czasu choroby,  która pozbawiła ją możliwości zarabiania i skazała na konieczność
przeżycia z niskiej renty i niewielkich, płaconych nieregularnie alimentów.
Reszty dokonał system, lub zły los, jak kto woli.

Pan jednak swoje wnioski wyciągnął i nic jego zdania nie zmieni, bo on inaczej pokierował
swoim życiem, o wszystko zadbał. Czy jednak może ze stuprocentową pewnością twierdzić,
że wszystko w życiu przewidział?
Czy może być pewny, że zły los go nie dotknie w żaden sposób?
Czy ma prawo, oceniać ją i twierdzić, że nie powinna rodzić dzieci, bo nie zadbała o wszystko?

Wiem jedno. Ona swoim dzieciom przekaże wrażliwość na ludzki los i wartości,
jakich on nie jest w stanie przekazać swoim. Jakie bowiem wartości może przekazać człowiek,
dla którego kluczem do szczęścia są pieniądze?
Myślę, że właśnie on i jemu podobni, nie powinni się rozmnażać, bo powielając takie wzorce,
sprawią, że świat stanie się jeszcze gorszy, bardziej bezduszny i nawet najlepszy system
i najmądrzejsi ludzie tego nie naprawią.

Zanim zdecydujesz, czy kogoś stać na dziecko, zastanów się człowieku, czy Ty powinieneś je
mieć i co im dasz oprócz wiary w magiczną moc pieniądza?
Czy oprócz  przekonania o własnej nieomylności, oraz  szacunku do wartości materialnych,
Potrafisz mu wpoić szacunek dla człowieka? Nawet tego, który posiada mniej niż Ty?

Dwa posty, zupełnie różne, ktoś powie nie na temat. Ja jednak widzę wiele wspólnego.
Można dać i nie stracić, bo nie trzeba dać wiele. Czasem warto poświęcić kilka złotych,
aby zobaczyć szczęście na twarzy dziecka i nauczyć swoje dziecko, że znacznie fajniej jest
dawać prezenty, niż je otrzymywać, że o wartości podarunku nie świadczy jego cena   a
serce, które weń wkładasz.
Zamiast słów krytyki, można dać zrozumienie i dobre słowo. Nic nie kosztuje, a pozwoli
leżącemu podnieść się i spojrzeć z nadzieją w wiarą w ludzi.

Kiedyś malowałam pędzlem, teraz słowem, nigdy nie byłam w tym dobra, tak jak w okazywaniu uczuć. Jednak dobry jest każdy sposób żeby je z siebie wyrzucić. Zanim cię uduszą.

17 komentarzy

  1. ~wiejska konowalica · 7 grudnia 2014 Odpowiedz

    Prawie zazdroszczę wszystkim, którzy myślą, że są wieczni, nieśmiertelni i zawsze zdrowi. Mnie dowcip spotkania z chorobą, na którą umrę (bądż na skutek leków, które dają mi funkcjonować) zdarzył się w środku kariery zawodowej, w wieku 33 lat. Nikomu nie życzę. I nikomu nie życzę pewności. Mawiam do swoich młodych, nieubezpieczonych pacjentów, że nie znają dnia ni godziny. I czasem to się niestety sprawdza. Ocena tych, którzy brną przez kłopoty nie należy do tych, którzy takowych nie mają. A powinni się zatrzymać, bo też mogą mieć…

    • ~kobieta-nie-typowa · 15 grudnia 2014 Odpowiedz

      Niestety, życie pisze rożne scenariusze i nie pyta nas o to, czy taka rola nam odpowiada. Cmentarze są pełne zdrowych, wiecznych i nieśmiertelnych,
      zaś ulice i przytułki – tych, co przewidzieli wszystko i zabezpieczyli się na każdą ewentualność.

  2. okruszek · 7 grudnia 2014 Odpowiedz

    Łatwo jest kogoś oceniać nie znająć jego sytuacji.
    Podziwiam młodych ludzi, którzy decydują się na kredyt mieszkaniowy-wiadomo, gdzieś mieszkać trzeba, najlepiej na swoim, ale jaką majka gwarancję, że wystarczy zdrowia, że będą mieli pracę by go spłacić? Żadną. I co wtedy, z dziećmi pod most? Żyjemy w takim kraju, że nikt nie może być pewny jutra.

    A co do paczek-czytałam ten wpis. Jestem w stanie zrozumieć tych co pieniędzy nie mają. Ale podczas wielu lat gdy sama chodziłam do szkoły, wiele matek, które były naprawdę na dużo wyższym poziomie finansowym po prostu żałowało na paczkę, bo pani i tak kupi każdemu za pieniądze uzbierane od innych rodziców. I te matki najgłośniej narzekały, że prezenty są zbyt skromne.

    • ~kobieta-nie-typowa · 8 grudnia 2014 Odpowiedz

      Nie wiem jak to wygląda w tej chwili, ale kiedy moja córka chodziła do przedszkola, stawki opłat były ustalane na podstawie dochodów. dyrekcja przedszkola doskonale wiedziała, jak się komu powodzi i taki numer by nie przeszedł. Natomiast w szkole ustalamy wspólnie jaka sumę możemy wszyscy przeznaczyć na prezent, dzieci losują między sobą, kto kogo obdarowuje i za tę sumę kupują prezent. Nie ma sytuacji, ze ktoś się wyłamie i jakieś dziecko nie dostanie nic. Suma ustalana jest według możliwości finansowych wszystkich rodziców, bo tu chodzi o jakiś drobiazg, a nie kosztowne prezenty.

  3. ~Makusia · 8 grudnia 2014 Odpowiedz

    Witam :), co do pierwszej części to taka prawda.. przyznam się nie wiem czy zaprosiłabym do domu np. brudnego, bezdomnego na kolację wigilijną, kierowałabym się pewnie stereotypami, że mnie może okradnie, że nabrudzi.. . Zostawiając puste miejsce ubezpieczamy sumienie ciesząc się w głębi duszy, że jednak nikt nie przyszedł. Co do drugiej sytuacji to wiadome jest, że los bywa przewrotny, niczego nie można by pewnym. Jednak jestem zdania, że to my czasami sami sobie zawalamy życie, świadomie wybierając z pozoru lepszą drogę, a tymczasem wpadamy w bagno. Aha jeszcze jedno. Wg mnie są 3 grupy ludzi: biedni, bogaci i dorobkiewicze. Nie wiem którzy z tych dwóch ostatnich potrafią być gorsi..

  4. ~kobieta-nie-typowa · 8 grudnia 2014 Odpowiedz

    Czasy takie, że taki lęk nie dziwi nawet, bo nie same anioły mieszkają na ulicy, ale raczej nikt taki nie zapuka do naszych drzwi. Bywa jednak i tak, że ktoś bardzo samotny jest gdzieś blisko nas na co dzień i nawet nam do głowy nie przyjdzie, że może byłby mniej samotny, choć w ten jeden wieczór… Zbyt mało wiemy o sobie nawzajem, zbyt anonimowi jesteśmy – mimo, że czasem mieszkamy za ścianą – aby nam przyszło do głowy zapraszać kogoś, kto nie jest rodziną. Co się tyczy tych trzech grup – która gorsza? Biedni, którzy za wszelką cenę chcą być bogaci – nie szczęśliwi, nie zdrowi, ale właśnie bogaci. Bogaci, którzy uważają, ze można kupić wszystko i dorobkiewicze, którzy myślą, że człowiek żyje po to, żeby mieć, a nie ma – po to aby żyć.

  5. ~Phoenix(L)k · 9 grudnia 2014 Odpowiedz

    Skomentowałbym… ale musiałbym powtórzyć Twoje słowa… Masz 100% racji – nie można oceniać niczyjego życia nie będąc daną osobą

  6. ~laura · 13 grudnia 2014 Odpowiedz

    Z tym pomaganiem bywa różnie. Generalnie, trzeba.
    Niektórzy robią to dla spokoju sumienia, bo tak wypada.
    Ale czasem…
    Od mniej więcej dwóch lat, po parkingu przed supermarketem, w którym często robię zakupy, chodzi starsza kobieta.
    Skromnie, ale czysto ubrana. W ręku zawsze fotografia małej dziewczynki. Prosi o pomoc dla niej, swej wnuczki.
    Z początku, kiedy się pojawiła i prosiła o datki, ze łzami w oczach, ludzie dawali jej jakieś pieniądze. Nigdy nie chciała artykułów żywnościowych.
    Tylko pieniądze. Kiedy odmawiali, odchodziła, przygarbiona, wyraźnie smutna.
    Od jakiegoś czasu zmieniła się. Poprosiła o wsparcie małżeństwo w starszym wieku. Pan, delikatnie odmówił tłumacząc, że oboje z żoną żyją ze skromnej jego emerytury i sami pomagają już swoim wnukom. Byłam świadkiem tej sceny. Pan, jakby się tłumaczył, że nie może pomóc. W koszyku mieli zakupy bardzo skromne.
    Co zrobiła prosząca o datek? Powiedziała krótko ” a chuj ci w dupę, sknero!” Przepraszam za ten wulgaryzm, ale tak było. Kiedy wszyscy staliśmy zszokowani, pani szła już w kierunku następnych ludzi wychodzących ze sklepu.
    Czy następnym razem pomogę innej osobie potrzebującej? Nie, bo nie mam pewności, czy ta osoba naprawdę potrzebuje pomocy, czy jest kolejną naciągaczką. Później dowiedziałam się, że owa pani potrafi dziennie „zarobić” w ten sposób nawet i pięćset złotych. Ma świetne źródło dochodu. Pracownicy z parkingu już ją przeganiają, więc pewnie niedługo przeniesie się gdzie indziej. To smutne, bo przez takich ludzi, jak ta kobieta nie chce się pomagać już nikomu.
    Ja wspomagam miejscowe hospicjum. Mam pewność, że tam rzeczywiście moje datki trafiają do potrzebujących.
    Nie chcę mieć uczucia, ze ktoś mnie wykorzystuje.
    Każdy medal ma dwie strony. Niestety.
    Miłego dnia, Tereniu

    • kobieta-nie-typowa · 13 grudnia 2014 Odpowiedz

      Nie o taka pomoc mi chodzi. Takiej pomocy nie udzielam już od dawna. To jest teatr, a nie prawdziwy dramat, odegrana na naszych oczach farsa, przez cwaniaków, którzy za swoje aktorskie zdolności, potrafią dziennie skasować więcej niż zawodowy aktor. Mają często więcej, niż ci, co ich wspomagają, nie kalając sobie rączek pracą. Wszyscy znamy kogoś takiego, kto jest samotny, a odrobina zainteresowania może go uszczęśliwić.
      Znamy takie rodziny, gdzie dzieci nie otrzymują prezentów na święta, bo na co dzień nawet z jedzeniem jest kiepsko. Nie zawsze jest to wina rodziców, a nawet jeśli, to jakiś drobiazg nas nie zrujnuje, a kogoś uszczęśliwi. Są ludzie tak dumni, że choćby nawet nie mieli nic, pomocy materialnej nie przyjmą. Można ich wówczas wesprzeć dobrym słowem, zrozumieniem, czasem wystarczy podsunąć pomysł na to jak rozwiązać ten czy inny problem. To nic nie kosztuje, a podniesie na duchu. Stwierdzenie -Sam sobie jesteś winny, też nic nie kosztuje, ale i nie pomaga.
      Zwłaszcza, gdy człowiek w niczym nie zawinił. Zauważyłam, że ostatnio więcej jest tych krytykujących, a Polacy jak już decydują się kogoś wspomóc, to musi to być spektakularnie, najlepiej w jakiejś zorganizowanej akcji, najlepiej w świetle fleszy. Biedy wokół siebie nie widzą, a jeśli już dojrzą, to nie nazwą jej biedą, ale patologią, bo tak łatwiej uspokoić swoje sumienie. Pozdrawiam.

  7. ~Zośka · 13 stycznia 2015 Odpowiedz

    W kwestii pustego talerza podczas Wigilii. Nie wiem czy przygarnęłabym osobę bezdomną, zupełnie mi obcą …. chyba raczej nie.
    W rodzinie męża jest starsze schorowane małżeństwo, które mieszka z wnukiem i jego żoną. Owi dziadkowie zajęli się 2 nastoletnimi wnukami po śmierci ich rodziców. Niestety jedyne dziecko mieli bardzo późno, zatem różnica 2 pokoleń w kontaktach z młodymi ogromna. Żona wnuka od początku nie akceptowała jego dziadków, teraz kiedy obydwoje są coraz bardziej niedołężni – tym bardziej. W tamtym roku o tym że dziadkowie zostali sami na Wigilię (bez potraw, bo ile mogą zrobić 2 schorowane osoby, jedna po udarze, druga po operacji kardiologicznej?) dowiedzieliśmy się wieczorem, kiedy zadzwoniliśmy z życzeniami. W tym roku, wiedząc co było, już tydzień przed Wigilią rozmawiałam z teściową, że trzeba podzielić się z nimi potrawami wigilijnymi, podjechać z opłatkiem (nie chcieli przyjechać do nas)i żeby zadzwoniła do nich że przywieziemy, niech się nie martwią i nie męczą szykowaniem, i tak do samej Wigilii. 24 grudnia jak zabrałam się za pakowanie potraw, usłyszałam że teściowa do nikogo nie dzwoniła i nie widzi potrzeby wożenia komukolwiek jedzenia… przecież oni nam nie pomogą.
    Jakoś kolacja wigilijna rosła mi w gardle, a pusty talerz był jak wyrzut sumienia … za mało zrobiłam.

    • kobieta-nie-typowa · 13 stycznia 2015 Odpowiedz

      To nie Ty zrobiłaś za mało, a za podejście innych ludzi nie możesz siebie obwiniać. Co do przygarnięcia osoby bezdomnej…
      To naturalna obawa, w końcu to ktoś zupełnie obcy. Kiedy żył mój brat, zaprosił do siebie bezdomnych, właśnie w Wigilię.
      Panował wtedy straszny mróz a oni mieszkali w nieogrzewanej szopce. Przetrwali u niego najgorsze mrozy. Brat zmarł młodo, a te osoby odwiedzają jego grób, na Wszystkich Świętych i w Wigilię zawsze przynoszą znicze i własnoręcznie zrobioną wiązankę.

Zostaw odpowiedź