Nie rzucaj kamieniem tylko dlatego, że winna jest kobietą

Na pierwszej stronie Onetu trafiłam dziś na wpis, zamieszczony na jednym z blogów.
Zwrócił moją uwagę nie tylko wpis, ale umieszczone pod  nim komentarze.
Zwłaszcza niektórzy panowie, nie zostawili suchej nitki, na bohaterce  tej historii -
żonie, która odeszła od niepełnosprawnego męża. Ot historia jakich życie napisało wiele.
Zwłaszcza te komentarze dały mi wiele do myślenia. Czy na pewno nie oceniamy zbyt pochopnie?
Czy sprawiedliwie potrafimy się odnieść, do czynu drugiego człowieka, zwłaszcza płci przeciwnej?
Czy mamy prawo oceniać wszystkich jak leci, nie wnikając w szczegóły?
Z tej historii wynika, że kobieta zostawiła dobrego męża i wspaniałego ojca, tylko z tego powodu,
że na skutek nieszczęśliwego wypadku został kaleką. Być może autorka zna okoliczności na tyle dobrze,
że sprawa nie podlega dyskusji – kobieta postąpiła podle. Zresztą zamiarem blogerki, było coś innego,
niż pokazanie tego,  jak źle owa kobieta postąpiła.  Skupiła się – całkiem słusznie – na znacznie innym
problemie, niż ocena tej pani. Poszła nieco dalej, ukazując inną stronę tego problemu.
Tę, o której zazwyczaj się nie mówi.

Jako, że nastrój mam dziś niespecjalnie radosny, szukam wszelkich sposobów na zabicie własnych myśli.
Zaczęłam się zastanawiać. Być może to co na oko wydawało się idealne – wcale takim nie było?
Rzadko bowiem relacje małżeńskie znane nam są dokładnie od podszewki.
Myślałam nad tym, jak ja bym postąpiła w podobnej sytuacji.  I doszłam do rożnych wniosków.

Wiem jedno, dobrego człowieka nie zostawiłabym, z pobudek egoistycznych. Ale gdyby był katem?
Wielu mężów, bardzo cenionych i podziwianych w środowisku – w zaciszu domowego ogniska
zmienia się w kata własnej rodziny. Sama znam takich kilku.
Więc czy możemy potępić również zonę, która w tej samej sytuacji odchodzi od swojego kata?
Wiem jedno – gdybym się znalazła w takiej sytuacji – odeszłabym. Wiem – zaraz ktoś powie, że
mogłabym przecież odejść od niego wcześniej – przed wypadkiem. Niestety nie zawsze jest to możliwe.
Wbrew pozorom, nie tak łatwo rozstać się z katem. Trzeba na to wiele siły i determinacji.
Nie każdy ją posiada. Zresztą oni potrafią trzymać wszystko „żelazną ręką”.
Zwłaszcza swoje zastraszone ofiary.

Komentarze – zwłaszcza  ostre słowa pod adresem kobiety – przypomniały mi trzy poznane historie,
które wydarzyły się całkiem niedawno.  Jako, że zajęcie mnie uspokaja – postanowiłam je opisać.

Poznali się pokochali i pobrali. Ona bardzo ładna, on przystojny,
dobrani jak w korcu maku pod względem charakterów. Jednym słowem –  sielanka.
Dość szybko, przy pomocy rodziców dorobili się domku z ogródkiem,
a niebawem ślicznej zdrowej córeczki.
Jednak po urodzeniu dziecka, u niej nastąpiły niepokojące objawy.
Na tyle niepokojące, że wysłano ją do szpitala na szczegółowe badania.
Diagnoza  brzmiała jak wyrok. Stwardnienie rozsiane.
Rozpoczęło się żmudne leczenie, aby jak najdłużej powstrzymać rozwój  choroby.
Udawało się przez kilkanaście lat. Jak w każdej chorobie, były okresy lepsze i gorsze,
ale ogólnie, było całkiem nieźle.
Myślę, że jak każdy chory i jego bliscy, pokładali nadzieję w postępie medycyny i nie bardzo
wierzyli, że ta historia skończy się tak,  jak większość takich historii.
Niestety, w ostatnim czasie  choroba uderzyła ze zdwojoną siłą.
Wózek inwalidzki, coraz większe problemy z poruszaniem, coraz mniej optymizmu.
On coraz dłużej pracował, coraz rzadziej bywał w domu, aż w końcu odszedł.
Na pytanie, dlaczego ją z tym zostawia odpowiedział – Wybacz mi, ja nie mogę patrzeć
dłużej jak cierpisz.

Znali się właściwie od zawsze. Chodzili do tej samej podstawówki. Jeszcze wtedy ośmioletniej.
Zaczęli ze sobą „chodzić” gdzieś około ósmej klasy i od tej chwili byli nierozłączni.
Do tego nieszczęsnego wypadku, kiedy to wsiedli oboje na motor. Miał ją odwieźć do domu.
Niedaleko. Chciał jeszcze zdążyć na drugą połowę meczu, więc grzał ostro.
Na zakręcie wyrzuciło ich z drogi. Jej obrażenia okazały się znacznie poważniejsze.
On po dwóch miesiącach już chodził, co prawda jeszcze o kulach ale tylko po to,
aby za bardzo nie obciążać,  uszkodzonej w wypadku nogi.  Ona, prawie pół roku unieruchomiona,
ból, rehabilitacje i najgorsze ze wszystkiego – niepewność, czy kiedykolwiek jeszcze stanie na nogach.
I coraz rzadsze jego wizyty. W końcu list – Wybacz kochana, nie mam siły dłużej patrzeć jak cierpisz.
To mnie przerasta, nie jestem na tyle silny.
Była rozpacz, załamanie, wątpliwości w sens rehabilitacji, w końcu całkowita odmowa współpracy
z rehabilitantem. Poczucie samotności i odrzucenia.  Rozmowa z psychologiem pomogła.
Podjęła walkę i wygrała.  ”Cierpienie się skończyło”, więc on już nie musiał być taki wrażliwy.
Wrócił do niej, a ona przyjęła go z radością, zapominając, albo nie chcąc pamiętać,
że nie było go przy niej,  kiedy najbardziej go potrzebowała.
Pobrali się, na świat przyszły dzieci,  było fajnie. Do czasu aż on zachorował.
Niespodziewanie zapadł w śpiączkę cukrzycową. Cukrzyca, to jeszcze nie koniec świata, ale
w jego przypadku jakoś tak się nieszczęśliwie złożyło, że lekarze nie bardzo mogli sobie z tą jego
cukrzycą poradzić. Zaczęły się problemy z nogami – jakieś rany nie gojące się miesiącami,
problemy ze wzrokiem, a wszystko szło jakoś lawinowo, zbyt szybko jak na młodego człowieka,
nie miał jeszcze przecież nawet czterdziestki.  Udar mózgu, w porę nie rozpoznany -
nie było jej wtedy w domu – sąsiad, który wpadł pożyczyć wiertarkę uznał,  że bełkocze bo jest
pijany. Po nim drugi udar,  znacznie groźniejszy. Nie wyszedł z tego, a ona trwała przy nim, do końca,
mimo że cierpiał.  Widać, nie była tak wrażliwa jak on, na to ludzkie cierpienie.

Wychował się w domu dziecka. Miał rodziców, a jednak ich nie miał. Może to zaważyło na
jego przyszłym życiu, może nie miał go kto nauczyć odpowiedzialności.
Poza krótkimi pobytami u dziadków, w każde wakacje i święta, jego życie upływało w bidulu.
Sąd uznał, że dziadkowie, starsi ludzie są niewydolni wychowawczo,  więc mimo szczerych chęci,
nie zabrali go na stałe do siebie.
Zostawili mu dom i psa. Nawet nim nie umiał się zająć odpowiedzialnie, gdyby nie dobre
serca sąsiadów, psina zdechła by z głodu i zimna.
Ożenił się, spłodził  syna, ale to nie nauczyło go odpowiedzialności. Pracować nie lubił.
Piwo lubił bardziej, niż pracę.  Dużo piwa. Żona szybko wróciła do matki. On, znalazł szybko
następną kobietę. Po przejściach, z dzieckiem i taką jakoś niezaradną. To go również nie nauczyło
odpowiedzialności. Rok po roku przyszło na świat dwoje dzieci. Wątłe takie, słabe,
bo nie zawsze wystarczyło na mleko , a na piwo musiało wystarczyć, choćby nie wiem co.
Wkrótce jedno zachorowało na sepsę. Jakim cudem z tego wyszło nie wiadomo.
Cud, że nie 
zachorowała pozostała dwójka. 
Mały wyszedł z tego, ale nie był już sprawnym dzieckiem. Potrzebował, leczenia, rehabilitacji,
Potrzebował dobrego odżywiania. Ale i to nie nauczyło go co to obowiązek.
Żona miała koleżankę – sporo młodszą, z dzieckiem,  pochodzącą z patologicznej rodziny.
W patologicznej rodzinie, nie ma miejsca dla samotnej matki. Dwie gęby do wyżywienia, 
pieniędzy z MOPR -u  nie za wiele.  Dostała więc wilczy bilet i wraz z dzieckiem znalazła się na ulicy.
Ulitowała się koleżanka nad koleżanką i pod dach ją przyjęli wraz z mężem. Zrobiło się ciasno, bo 
dwa pokoje tylko nadawały się do zamieszkania, reszta schedy po dziadkach wołała, jeśli nie o 
pomstę do nieba – to przynajmniej o poważny remont. Dość  szybko się dogadali oboje – koleżanka z mężem.
Żona z dziećmi dostała wymówienie w trybie natychmiastowym.  Nie spytali nawet, czy ma gdzie pójść z chorym dzieckiem.
Na 
szczęście dla niej i dla dzieci, odpowiednie instytucje stanęły na wysokości zadania.

Sprzedał dom.  Położony w luksusowej dzielnicy budynek, choć w nie najlepszym stanie, był sporo wart. 
Sama działka na której stał, znacznie przewyższała wartością cenę budynku.
Kupił samochód, domek na działkach za miastem – znacznie tańszy, jeszcze sporo pieniędzy zostało.
Problem jednak istniał dość poważny.  Zaległe alimenty na syna z pierwszego małżeństwa,
stanowiły już poważną kwotę, a do tego jeszcze alimenty, na kolejną dwójkę – tez niemała suma,  
zważywszy, że jedno z nich potrzebowało długiej  rehabilitacji.  Państwo da – owszem,
ale gdy ma z czego dług odebrać – zrobi to niechybnie, szybko i sprawnie. Znacznie sprawniej, 
niż alimenty, które mają trafić  do kieszeni kobiety. Kwestią czasu było jedynie, kiedy się to 
Państwo dopatrzy, nagłego wzbogacenia dłużnika.  Jako, że komornik już od dawna ścieżki
wydeptywał – ponaglany przez różne instytucje – ten czas był bardziej  niż bliski. 
Postanowił więc przechytrzyć wszystkich, aby własnym dzieciom nie dać, co się im
od niego należało. Wszystko co kupił – kupił na konkubinę. W sensie prawnym, to ona
nabyła samochód i domek, oraz wszystko co w domku się pojawiło.  Trochę jeszcze gotówki zostało
- ba nawet całkiem sporo. Powszechnie wiadomo, że komornik, to taka bestia,
że przed niczym się nie zawaha. Wszędzie zajrzy w poszukiwaniu gotówki,  konto w banku wykryje
natychmiast, ale u bezdomnego już ich szukać nie będzie. A już na pewno u kobiety z marginesu.
Tę gotówkę dał na przechowanie przyszłej teściowej – kobiecie, która własną córkę z wnukiem
z domu wyrzuciła, aby jej nie  umniejszali  i tak już skromnych środków  na wódkę.
I stało się to, co wszyscy komentujący to zdarzenie, nazywali karą boską, lub zemstą losu.
Zapadł w śpiączkę wskutek  cukrzycy,  o której istnieniu u siebie nie miał nawet pojęcia.
Trzustka, nerki, serce, wszystko nagle odmówiło posłuszeństwa. Stan był krytyczny, a lekarze
nie dawali  najmniejszej nadziei. Gdyby wówczas umarł – odszedł by w przekonaniu, że jest
przez konkubinę kochany. Los nie godził się na takie dobrodziejstwo.
Wrócił więc do świata żywych, na wózku inwalidzkim, z porażona krtanią, z której z trudem
wydobywał się głos, podobny do skrzeczenia kruka. Zdany na łaskę otoczenia.  Z przystojnego
mężczyzny – stał się nagle wrakiem czegoś, co kiedyś miało szansę być człowiekiem.
Wrócił do świata żywych, ale nie miał już dokąd wracać. Nie miał żony, ni domu, nie miał
pieniędzy. Miał tylko szczęście, że w takim stanie, nawet komornik już nie zechce go ścigać.

Tak więc drodzy panowie, nie tylko kobiety bywają okrutne, ale każdy kiedyś zapłaci, za swe czyny,
jak nie na tym – to na tamtym świecie.

 

 

Kiedyś malowałam pędzlem, teraz słowem, nigdy nie byłam w tym dobra, tak jak w okazywaniu uczuć. Jednak dobry jest każdy sposób żeby je z siebie wyrzucić. Zanim cię uduszą.

20 komentarzy

  1. ~Makusia · 8 września 2014 Odpowiedz

    Witam,
    Cóż nie czytałam tego, więc ciężko mi cokolwiek mówić, ciężko też postawić się w tej sytuacji. Ale masz rację nie wiemy jaka była prawda. Możliwe, że mąż będąc jeszcze sprawnym dawał się we znaki żonie.. a gdy zachorował ta pomyślała, że nie zasłużył na jej pomoc. Tak sobie myślę, że wiadomo, że powinniśmy postępować wedle tego co żeśmy przysięgali, ale według mnie jednak trzeba sobie troszkę zasłużyć. Jeżeli ktoś robił komuś do tej pory piekło to uważam, że taka osoba nie ma żadnego obowiązku wobec takiej osoby. No ale wiadomo nie wiemy jak było. Jak wiadomo każdy jest mądry jeśli to nie jego dotyczy problem. Dlatego też osądy warto chyba zostawić. Pozdrawiam

    • kobieta-nie-typowa · 8 września 2014 Odpowiedz

      Dlatego uważam, że człowiek dopóki nie znajdzie się w sytuacji identycznej, nie zna nawet swojej reakcji, mamy poglądy, ale życie często je weryfikuje. Po za tym, uważam też, że jako człowiek nieidealny nie mam prawa osądzać innych. Należy piętnować naganne zachowania, ale można to robić bezosobowo. Pozdrawiam.

  2. ~Phoenix(L)k · 9 września 2014 Odpowiedz

    …a teraz posłuchaj o wszystkich sytuacjach z drugiej strony, gdy mamusia wmawia córce, że ta była molestowana, i małe dziecko tak potem mówi w sądzie… a że brak na to dowodów?? Cóż…

    • kobieta-nie-typowa · 9 września 2014 Odpowiedz

      Dobry psycholog powinien sobie z tym poradzić szybko. Chyba, że nie jest tak naprawdę dobry. A tych wmawiających dzieciom różne traumatyczne zdarzenia rodziców – płci obojga – należałoby pozbawiać praw rodzicielskich. Jak można tak cynicznie grać psychiką własnego dziecka?

      • ~Phoenix(L)k · 9 września 2014 Odpowiedz

        to jest najszybsza metoda do wygrania procesu… a po nas choćby potop…

        • kobieta-nie-typowa · 9 września 2014 Odpowiedz

          Kosztem własnego dziecka? Przecież to podłe. Ileż zatem kobiet, w dorosłym życiu ma problemy związane ze wspomnieniem molestowania faktycznego, a ile dzięki wspomnieniom „zaszczepionym” przez mamuśkę-sucz?

          • ~Phoenix(L)k · 10 września 2014

            Nie wiem niestety…
            ALE – ŻEBY NIE BYŁO, ZE JESTEM JEDNOSTRONNY…

            Znam dziewczynę – jej córka była wykorzystywana przez ojca… Pierwszy wyrok – 7 lat. Odwołanie, posmarowanie ŚWIADKOM (!!) oraz sędziemu, i nagle nawet opinie lekarskie jednoznacznie mówiące o obecności w pochwie ROCZNEGO dziecka ciała obcego – okazały się być za słabe…

  3. chomikowa · 10 września 2014 Odpowiedz

    Bardzo często osoby, które stają się inwalidami lub które zaczynają mocno chorować staję się ludźmi nieprawdopodobnie podłymi- z którymi nie da się wytrzymać. Generalnie w takim zachowaniu przodują mężczyźni, bo słabsi psychicznie nie potrafią udźwignąć swojej choroby. Dlatego czasem rozumiem odejście od chorego człowieka.
    Ale są też inne przypadki, o których piszesz- pycha, słabość… jesteśmy niestety „tylko” ludźmi. Słabymi istotami. I wrednymi.
    Pozdrawiam!

    • kobieta-nie-typowa · 10 września 2014 Odpowiedz

      Chory nie zawsze jest aniołem, to prawda. Nie wszyscy jesteśmy altruistami, niektórzy sobie w takich sytuacjach nie radzą. Wkurza mnie bardziej komentarz faceta – „Odeszła, znaczy że szmata z niej”, niż fakt, że odeszła? Dlaczego? Bo nikt nie zna pobudek które nią kierowały, nie zna nawet swojej reakcji w takiej sytuacji, a częściej odchodzą mężczyźni. Więc tym bardziej nie maja prawa wypowiadać się tak o kobietach.

      • chomikowa · 12 września 2014 Odpowiedz

        Ludzie piszą komentarze bez zastanowienia. Bardzo łatwo im to idzie, co to „tylko” Internet. A komentarze są pod notkami, w których właśnie nie widać emocji, nie widać wyrazu twarzy, nie znamy całej historii od początku. Nie wszyscy komentujący o tym pamiętają albo nawet nie zdają sobie z tego sprawy…
        Pozdrawiam.

        • kobieta-nie-typowa · 12 września 2014 Odpowiedz

          Wpisy promowane przez Onet na pierwszej stronie, to właściwie taka terapia, dla sfrustrowanych. Niektórzy z nich, nawet nie doczytają do końca, przelecą wzrokiem i od razu rzucają się do plucia jadem. Po to własnie śledzą pierwszą stronę Onetu. pozdrawiam.

          • ~Phoenix(L)k · 13 września 2014

            Nie wszyscy…;> Ale to fakt – wielu hejterów najlepiej wie, co należy robić, jak kto był ubrany danego dnia (Autorka wie, do czego piję;), jak wychować dziecko, jak postępować z wyjącym psem (jak będę w pracy podeślę linka;), i tym podobne rzeczy… w naszym kraju mieszka 40 milionów alf i omeg od wszystkiego…

          • kobieta-nie-typowa · 14 września 2014

            Już Stańczyk udowodnił, że każdy Polak jest lekarzem:))) Od tamtych czasów, przybyło sporo nowych dziedzin, więc siłą rzeczy i specjalistów przybyło. Biorąc pod uwagę moje własne doświadczenia, pokusiłabym się o teorię, że najwięcej jest domorosłych psychologów – gotowych w każdej sytuacji zafundować człowiekowi darmową psychoanalizę, z której zawsze wynika, że jesteś osłem, który ma problem z psychiką, oraz jasnowidzów, którzy dokładnie wiedzą jak się ubierasz, jak wyglądasz i o czym myślisz. A wszystko to przekażą w sposób jak najbardziej obraźliwy.

    • ~Phoenix(L)k · 11 września 2014 Odpowiedz

      Słabsi psychicznie?? MY??? Wiesz, jaki to koszmar, kiedy facet jest przeziębiony??…;D

      „w zdrowiu i chorobie…” – wiecie chyba, z czego jest ten fragment tekstu…

      • kobieta-nie-typowa · 11 września 2014 Odpowiedz

        Tego tekstu nie można traktować wybiórczo. Bo jeśli zlekceważymy inny fragment, ten o miłości, wierności i uczciwości małżeńskiej, to czy mamy
        moralne prawo wymagać od drugiej strony aby trwała przy nas w zdrowiu i chorobie itd? Ja zawsze daję z siebie tyle, ile dostaje, nigdy więcej, nigdy mniej.

        • ~Phoenix(L)k · 11 września 2014 Odpowiedz

          zdradziłeś mnie, to Cię opuszczę, jak jesteś chory?? Czy „zdradziłeś mnie, więc nie wrócę do Ciebie – nawet gdy jesteś chory”??

          • kobieta-nie-typowa · 12 września 2014

            -”zdradziłeś mnie, to Cię opuszczę, jak jesteś chory” – nie.
            - „zdradziłeś mnie, więc nie wrócę do Ciebie – nawet gdy jesteś chory”?? – tak.
            To ja. Każdy ma inna psychikę, inaczej odbiera zdradę, czy inne ciosy – dlatego ja nie oceniam.
            Nie mam moralnego prawa, bo sama nie jestem doskonała.
            Każdy – stojąc wobec konieczności wyboru – sam podejmuje decyzję,
            mając świadomość, że kiedyś los mu wystawi rachunek.
            Na tym polega równowaga i harmonia wszechświata.

          • ~Phoenix(L)k · 13 września 2014

            Dlatego zawsze stosuję swoją „zasadę lustra” – jeśli rano mogę w nie spojrzeć bez obrzydzenia – dzień wcześniej żyłem w zgodzie z własnym sumieniem… a skubane jest bardzo wrażliwe…

          • kobieta-nie-typowa · 14 września 2014

            Ty jesteś specyficzny, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Ja – już nie do końca, owszem świństw nikomu nie robię, bo sama się takimi ludźmi brzydzę, ale jak mnie ktoś urazi, potrafię być cholernie złośliwa. W stosunku do osoby, która raniła mnie przez lata, już nie mam żadnych skrupułów, choć wiem że powinniśmy wybaczać. Ja przestałam wybaczać kilka lat temu i lepiej mi z tym, niż w roli ofiary. Stosuję zasadę oko za oko, ząb za ząb, a że jestem wagą więc dokładnie wyważam odwet, aby zrównoważyć szalę krzywd i odwetu:)

        • ~anonimowa · 5 maja 2015 Odpowiedz

          Ja z kolei wiecej daje niz biore. A jesli ktos mnie mocno urazi, to z reguly odsuwam sie i koncze znajomosc. Nie zadaje sobie trudu wyjasienia takiej osobie niestosownosci jej zachowania. Zazwyczaj nikt nie dostaje drugiej szansy. Jestem w porzadku wobec ludzi i tego samego oczekuje od nich. Tylko bliskim potrafie wybaczyc ich zle zachowania, ale mocno odchorowuje te urazy. Corki zartobliwie nazywaja mnie Obrazalska. W mojej rodzinie wielka wage przyklada sie od wielu pokolen do zycia zgodnie z zasadami. Na tydzien przed smiercia moja mama powiedziala: „Wazne jest, aby do konca byc porzadnym czlowiekiem” i tylko sila woli zwlokla sie z lozka i pojechala do sadu, by zakonczyc rodzinne sprawy spadkowe dajace wielkie korzysci innym czlonkom rodziny. Ona wiedziala, ze umiera, a jednak do konca myslala o najblizszych. Znajomy prosty czlowiek kiedys powiedzial przy mnie: „Matka wychowala mnie na porzadnego czlowieka i taki chce byc do konca”. Slowa te bardzo mnie zaskoczyly, bo rzadko w obecnych czasach slyszy sie, by drogowskazem zycia byla zasada bycia porzadnym czlowiekiem. Pisze o tym, bo bardzo czesto ludzie rozgrzeszaja siebie z roznych swinstw robionych bliskim i dalekim, a innych ocenaja wyjatkowo surowo. W mojej rodzinie nigdy nie bylo rozwodow i nawet wtedy, gdy moj ukochany tata umieral przez 6,5 roku (byl sparalizowany po wylewie, dodatkowo po 2 zawalach) to moja mama opiekowala sie nim troskliwie, choc miala zaledwie 35 lat. Wdowa zostala majac 42 lata. Gdyby oddala go do szpitala dla nieuleczalnie chorych, jak sugerowal jej lekarz, to nie mialabym jej tego za zle. Jego straszna choroba byla cierpieniem dla niego i dla nas wszystkich. Widocznie jednak jej milosc do meza byla tak wielka jak ocean, gdyz nigdy nie rozwazala, by go opuscic mimo wielu jego wybuchow gniewu, agresji, depresji itd.

Zostaw odpowiedź